Kłamca, kłamca

Self-made

Never trust any artist ever telling you any bloody thing. They’re all a bunch of liars. Artist absolutely, on any subject, is always talking drivel. Including moi. Because the work is the statement, right?
Nigdy nie wierzcie żadnemu artyście, w ani jedno słowo. Banda kłamców, wszyscy. Każda wypowiedź artysty, na każdy temat, to absolutna bzdura. Moje też. Ponieważ tylko dzieło jest wypowiedzią, nie?
Brian Duffy1

Wszyscy kłamią2.
Kojarzycie tego wujka, który na każdym rodzinnym zgromadzeniu3 opowiada tę samą historyjkę, tylko za każdym razem troszkę się różnią szczegóły? Gdybyście wujka spytali o te różnice, dałby sobie głowę uciąć, że nic nie zmienia i dokładnie tak to było jak opowiada. 
Zawsze.
Kłamstwo jest tak powszechne i tak normalne, że nie zwracamy na nie większej uwagi. Są całe zawody oparte na kłamstwie. Polityk. Prawnik. Ksiądz4. Od najmłodszego wieku mówi się nam, że kłamstwo jest złe. Ale tak naprawdę to też jest kłamstwo. Rzeczywistość bowiem uczy nas czegoś zupełnie przeciwnego. Jesteśmy lepiej postrzegani kiedy kłamiemy na swój temat. Unikamy odpowiedzialności za różne hece, jeśli uda nam się wyłgać. W CV wpisujemy sobie znajomość angielskiego, chociaż naprawdę ogarniamy tylko w polingliszu temat stojącego na stricie kara i trochę korpotalka. Dziewczyny nas kochają bardziej za Porsche niż za Tico.
W starym przysłowiu pszczół kłamstwo ma krótkie nogi. Może i ma, ale za to przebiera nimi bardzo, bardzo szybko.
No i nasz artysta. Amatorska etymologia – zastanawialiście się nad pochodzeniem słowa sztuka? Coś sztucznego, nieprawdziwego. Podobnie w angielskim art-artificial. Niemieckie kunst-künstlich. Sztuka jest oparta na łgarstwie. I dotyczy to oczywiście nie tylko dzieła, które z samej natury jest właśnie sztuczne. Dotyczy to także artysty. Artysta łże na temat swojej sztuki. Kłamstwo ponad kłamstwem, metałeż. Weźcie słynne pytanie co artysta chciał przez to powiedzieć. Kiedy ktoś cię pyta, musisz coś wymyślić, bo przecież nie powiesz a, tak mi się jakoś, tego, sfotografowało. Nawet jeśli faktycznie tak jakoś.
Bo jeśli powiecie, to przypadek, dzieło traci na wartości.
Bzdura? No to słuchajcie. Parę wpisów temu było o warsztatach. Tekst przyozdobiłem polaroidem z Joasią5. Jakiś czas później wrzuciłem to zdjęcie do galerii, w której obowiązuje wstępny przesiew. Fotografia przepadła, więc usunąłem ją z profilu, jak mam w zwyczaju robić w tego typu przypadkach. Po czym otrzymałem wiadomość, że niby czemu usunąłeś, chcieliśmy dać do wyróżnionych. Wywiązała się dyskusja, w której chlapnąłem, że fotografia została popełniona przypadkiem – warsztatowicze po drodze z pleneru znaleźli gałąź czereśni, postanowili ubrać Joasię w mundurek, nota bene przywieziony przez jedną z uczestniczek i coś pokminić w tym temacie. Ja tylko chciałem sprawdzić, czy światło błyska, aparat działa i tak dalej. Dałem więc dziewczynie tę gałąź, mówię trzymaj to przed sobą, zobaczymy jak to pokłonem się złapie i pstryk. No i wyszło fajnie. I wiecie co, drodzy czytelnicy? Ano – acha, jak tak, to nie chcemy. Fakt przypadkowości fotografii zmienił jej wartość z godnej wyróżnienia, na zwykły pstryk.
Abstrahując zupełnie od tego, czy taki odbiór sztuki ma sens, pomyślcie jaki to generuje przekaz. Fotografia nie powstała w pocie czoła, na podstawie przemyśleń głębokich, medytacji i hibernacji? A to nie, dzięki, bezwartościowa. Morał? Na drugi raz lepiej wymyślić jakiś artystyczny bon mot dla tej fotografii, będzie wyróżnienie.
Zastanawiam się z czego to wynika – być może z tego samego, z czego wynikają historyjki wujka? Z tej potrzeby narracji, tłumaczenia rzeczywistości, którą wszyscy mamy wbudowaną? Przekonania o tym, że wszystko musi mieć jakieś głębsze uzasadnienie, sens? Jakiś czas później przy okazji zupełnie niewinnej dyskusji o aparatach pojawił się temat zdjęcia, fajnego zupełnie aktu. I mówię człowiekowi, słuchaj ale tę szafkę paździerzową, co tam stoi w rogu, w stylu wczesnego FWP, to mogłeś sobie darować. I co? Nie, bo wiesz, dodaje kontrastu i w ogóle. No i masz. Zamiast normalnie powiedzieć, no była tam szafka, co było robić, nie będę szafki wynosił, żeby gołej babie zdjęcie zrobić, to nie. Trzeba było dorobić historyjkę. I nawet nie o to chodzi, czy ta szafka tam pasowała, czy nie, bo to jest tylko kwestia mojego gustu, mojego odbioru tej fotografii. Chodzi o konieczność uzasadnienia, nawet jeśli tylko przed sobą, że nic nie jest przypadkiem, pełna kontrola, dzieło przemyślane od a do zet. Artysta nie tworzy w próżni. Jest fajnie podzielić się swoim dziełem, zebrać zachwyty6. Może krytyki też, jeśli kogoś to kręci oczywiście, bo mnie akurat nie bardzo.
Nawet jednak pomijając odbiór zewnętrzny, czujemy potrzebę uzasadnić przed samymi sobą, dlaczego nasza sztuka jest fajna. Artysta działa zupełnie tak samo, jak krytyk. Musi wytłumaczyć sobie, dlaczego dzieło mu się podoba, a dlaczego nie. Nawet jeśli tłumaczenie, podobnie jak w przypadku większości krytyki, jest wyciągnięte zupełnie z odbytu. Artysta tłumacząc sobie samemu co chciał przez dzieło powiedzieć, staje się jak ten wujek na pogrzebie. Wbudowany w naszą lewą półkulę przymus narracji zmusza go do kłamstwa7. A potem jest już z górki. Skutek i przyczyna się odwracają. Dobrze dopasowane kłamstwo staje się raison d’etre dzieła. Więc mam do was prośbę. Nie pytajcie artysty, co chciał powiedzieć. Pytajcie jak zrobione, czym zrobione może, jeśli was interesują technikalia. Jak świecone. Ale pytania o sens sobie darujcie. Lepiej sami sobie go odszukajcie. Bo jeśli tego sensu na zdjęciu nie widać, to nie ma po co pytać fotografa – zdjęcie jest i tak stracone. A jeśli widać, to nie ma sensu pytać, bo wam tylko namiesza w odbiorze swoją zmyśloną analizą.
I nie miejcie za złe artystom, ani wujkowi, tych historyjek. Tak ich ewolucja stworzyła i życie nauczyło.
Do następnego. Skoro już zaczepiłem temat, będzie o przypadku.

PS. Dałem autoportret jako ilustrację do wpisu, bo autoportret to największe ze wszystkich artystycznych kłamstw.

1) ze znakomitego dokumentu BBC, który możecie obejrzeć tutaj. Jeśli nie wiecie, kto to Duffy – wstydźcie się. Proszę nadrobić natychmiast.
2) telewizja kłamie, gazety kłamią, ksiądz kłamie, tylko cyganka prawdę ci powie. Nie mogłem się powstrzymać, sorry.
3) czyli głównie na pogrzebach.
4) zanim się zbulwersujecie, pomyślcie o dekalogu. Dlaczego nie ma w nim przykazania „nie kłam”? I nie, ósme się nie liczy – ósme jest o tym, żeby donosić zgodnie z prawdą, bo informacja jest cenna, a donos nieprawdziwy jest bezwartościowy.
5) tutaj
6) i lajki, dużo lajków. 
7) zasadniczo, jest to raczej konfabulacja niż kłamstwo. Ale efekt ten sam.

Reklamy

Młotek

Stop! Hammer time!
MC Hammer

Zaczęło się od prowokacji, rzuconej przez Krzyśka. „Na Fejsbuku nie będzie różnicy między A7RM2 i komórką”. Nie mam komórki z aparatem1, ani A7RM22, ale całe moje ekstraordynaryjne jestestwo zburzyło się przeciw takiemu postawieniu sprawy. W związku z czym sporządziłem test na grupie docelowej związanej z fotografią. Czy będą w stanie odróżnić kadr z aparatu APS-C od takiego samego sporządzonego aparatem średnioformatowym na kliszę?


Dwa kadry, maksymalnie zbliżone. Naświetlone, kadrowane i obrabiane tak jak to robię zwykle – f4 na cyfrze i f3.2 na analogu (z korektą na wyciąg miecha i że Ektar lubi być mocniej naświetlony). Nie było problemów większych z rozróżnieniem, nawet w warunkach fejsbukowej kompresji. Ale pojawiły się głosy, że oszukuję3. Oszustwo polega na tym że nie usunąłem paprochów, robię tilta i nie otwieram maksymalnie przysłony w cyfrze. Musiałem więc zrobić drugi test.

Tutaj sytuacja jest zgoła odmienna. Cyfra została otwarta maksymalnie, a kadr jest dobrany tak, by możliwie zmniejszyć różnicę w głębi ostrości4. Nie ma tilta. Wynik? Praktycznie fifty-fifty. To by znaczyło, że założenie o nierozróżnialności na fejsie jest słuszne. Jednak ten test jest również nieuczciwy, tym razem w drugą stronę – sztucznie ograniczona jest naturalna przewaga analoga5. Niezbędne było przeprowadzenie trzeciego testu.

Tutaj wszystko zostało zrobione tak jak najlepiej się dało z obu aparatów. Obydwa obiektywy otwarte maksymalnie, kadry tak identyczne jak dało radę, analog przechylony i pokłoniony zgodnie z płaszczyzną twarzy – wszystko według reguł sztuki ekstraordynarynej, ale bez sztucznych wspomagaczy w postaci przykładowo niewystemplowanych paprochów. Wynik? Podobnie jak w pierwszym teście, brak problemu z prawidłowym rozróżnieniem.

Jaki jest morał? Śmieszna sprawa, morały są dwa, pozornie sprzeczne.
Pierwszy jest taki, że w bezpośredniej konfrontacji, bez sztucznego wyrównywania szans, rozróżnialność będzie od dużej, do stuprocentowej, w zależności od grupy testowej. Różnica rozmiarów materiału światłoczułego, użycie tilta, większa dynamika kliszy, to są rzeczy których łatwo się nie pobije.

Ale drugi morał jest taki, że Krzysiek miał rację. Pomyślcie o tym z punktu widzenia statystyki. Szanse są spore, że jeśli zaglądacie na ekstraordynaryjne wynurzenia, to interesujecie się w ten czy inny sposób fotografią. Znacie zapewne sporo ludzi o podobnych zainteresowaniach. Spróbujcie w głowie sobie policzyć, ilu z nich fotografuje tylko w studiu, tylko portrety, aparatem analogowym wyposażonym w jasne szkła, pokłony i przechyły. Statystycznie rzecz biorąc, patrząc na ilość zdjęć publikowanych dziennie na fejsie, możecie z zamkniętymi oczami wskazać na każde z nich, powiedzieć „to było zrobione komórką” i z dużym prawdopodobieństwem będziecie mieli rację.

No i dobra, ale czy to znaczy, że jeśli głównym miejscem publikacji jest Fejs, to trzeba porzucić cały wypasiony sprzęt i zacząć robić zdjęcia komórką? Teraz dygresja, ale nie bez związku. Weźcie taki młotek, taki jak na pewno macie w domu w szufladzie z narzędziami, czy gdzie tam trzymacie narzędzia. Prosty przyrząd, służy do uderzania w coś6. Wymyślone pół miliona lat temu, jedno z pierwszych narzędzi złożonych z więcej niż jednego elementu7. Trzonek i obuch. Wiecie ile jest rodzajów młotków? Próbowałem zrobić risercz na ten temat, ale się poddałem przy kilkudziesięciu. Okazuje się bowiem że dosłownie każda czynność, przy której wymagane jest uderzenie czymś w coś ma własny rodzaj młotka. Kamieniarz, cieśla, zegarmistrz, blacharz, dentysta, każdy ma swój specyficzny młotek. Nawet sędzia8. A wiecie co wspólnego mają te wszystkie młotki9? Dwie rzeczy. Po pierwsze, są dopasowane do konkretnego zastosowania, konkretnego czegoś w co mają uderzać. Po drugie, nikogo poza uderzającymi nie interesuje czym było uderzane10. Koniec dygresji.
Weźcie teraz aparat fotograficzny. Aparat też jest narzędziem, ale narzędziem ogromnie bardziej skomplikowanym od młotka. Nietrudno chyba sobie wyobrazić, że do różnych rodzajów fotografii można użyć różnych rodzajów aparatów – i to niezależnie od tego, jakim kanałem będą te zdjęcia potem rozpowszechniane w narodzie. Że do zdjęć pod spódnicą obcej dziewczynie na mieście komórka bardziej się sprawdzi od Linhofa Kardana, a do zdjęć portretowych w studio wręcz przeciwnie. Prawda?
Teraz wróćmy do nieszczęsnych fotek na fejsie. Czy kogoś interesuje, czym zrobiłem moje zdjęcia? Nawet osoby, które fotografuję nieszczególnie się tym interesują, co dopiero ludzie oglądający fotę na fejsie. Czy mama dziewczyny, która wstawia wykonaną przez mnie fotę na Fejsa interesuje się, czy zrobiłem ją cyfrą czy analogiem? Nie. Czy to znaczy, że powinienem je robić komórką, bo i tak nikt nie rozróżni? A poszedł mi z takimi… Aparat, jak młotek, dobieram do zadania. Do portretu dobieram aparat, który jest najlepszy – do portretu, który uprawiam. Ktoś weźmie komórkę – nie ma problemu, najwyraźniej jest to sprzęt dopasowany do jego potrzeb i umiejętności.
Fachowcom zostawmy jednak prawo wyboru ich młotka.
No. A teraz młotki w dłoń i do roboty. Do następnego. A będzie o kłamczuchach.

PS. Zapomniałem podać prawidłowe odpowiedzi. Już naprawiam. Test pierwszy – analog po lewej, test drugi – analog po lewej, test trzeci – analog po prawej.

1) a raczej mam, ale zakleiłem obiektyw kawałkiem izolacji, żeby nie kusiło.
2) dla niewtajemniczonych, chodzi o nowy bezlustrowiec Sony α7R II.
3) nie oszukuję akurat w tym wypadku, ale ogólnie zawsze warto pamiętać, że artyści kłamią. Taki naród po prostu.
4) na tyle, na ile to możliwe oczywiście.
5) jeśli nie wiecie, co Ekstraordynaryjny uznaje za przewagę analoga, przeczytajcie to.
6) względnie w kogoś.
7) wiele mówi o ludzkości fakt, że pierwsze narzędzie służy do radosnego napierniczania w różne rzeczy/osoby (niepotrzebne skreślić).
8) młotek sędziowski, a jakże.
9) poza oczywiście podstawową funkcją walenia w cokolwiek.
10) w specyficznych przypadkach może to jeszcze obchodzić policjanta z dochodzeniówki.

Historia jednej sekundy

Extra Życie

Na jutro to mam plan genialny
i zrobię to zaufaj mi
i tylko jeszcze dzień daj mi
daj mi dzień…

K2 – Jutro nadchodzi zawsze


Dzisiejszy odcinek jest tak okrutnie wyjątkowo nasączony filozofowaniem, że nawet w trybie Ekstraordynaryjnego1 nie potrafię tego przejść zupełnie o suchym pysku i musiałem postawić sobie na biurku szklankę burbona2. Tobie drogi czytelniku też sugeruję, być może się przyda.
Dzisiaj będzie o sekundzie. Zaczniemy od eksperymentu praktycznego. Weź drogi czytelniku dowolny zegarek wskazówkowy. Poważnie, weź, nie wyobrażaj sobie, że wziąłeś. Spodoba Ci się, zobaczysz. Masz? To teraz spójrz uważnie na wskazówkę sekundnika. Zwróć baczną uwagę, skup się mocno na tym momencie gdy przeskakuje ona między od jednej kreski na cyferblacie do następnej. Minęła jedna sekunda3. Nic wielkiego4. Można by napisać wiele rzeczy o tej sekundzie, zdefiniować ją jako trochę ponad dziewięć miliardów okresów czegośtam cezu. Spisać dokładnie, co właśnie się wydarzyło. Ale to wszystko, choćby nie wiem jak ważne, blednie wobec jednej właściwości tej właśnie sekundy.
Mianowicie (teraz uważaj bacznie drogi czytelniku, gdyż raczej o tym nie pomyślałeś), ta sekunda, ona nigdy się nie powtórzy. Mocne, co?
Widzę okiem wyobraźni nieco przymglonym przez burbona, jak się śmiejesz. Bo niby co to za odkrycie, oczywista oczywistość, banał nad banały. Ale skup się, to jest ważne, pozwól żeby ten fakt przebił się przez iluzję truizmu. Nie ma w tym bowiem krzty banału. Jest za to czysta, mrożąca krew w żyłach groza. Kiedy to do Ciebie dotrze, przyda się burbon. Wbij sobie do głowy, że ta sekunda minęła. Jest stracona. Wszystko co się zdarzyło, już się nie powtórzy. Nie wróci. To była naprawdę bezcenna rzecz, ta sekunda. Bezcenna w absolutnie dosłownym sensie tego słowa. Nie uda się jej odkupić. Nie uda się jej użyć drugi raz. O tę jedną sekundę będziesz żył krócej i nie masz cienia szansy by to zmienić. Mówi się, dla chcącego nic trudnego. To jest taka ludowa mądrość. Drodzy ludowi mędrcy, szokująca wiadomość. Żadna ilość chcenia nie przywróci wam tej jednej sekundy.
Oczywiście jako gatunek, nie jesteśmy przystosowani do medytacji nad nieuchronnością mijania czasu5. Kiedy jesteśmy młodzi, mamy masę rzeczy do zrobienia w przyszłości. Na starość najchętniej wspominamy przeszłość. Tak naprawdę nigdy nie żyjemy w teraźniejszości. Myślenie o tym, że czas upływa zajmuje nam bardzo mały okres w życiu6, który nazywamy „kryzysem wieku średniego”. A i tak nawet w tym czasie myślimy raczej w temacie sensu życia. Tradycyjnie zresztą okres ten kończy kupienie Porsche i wzięcie młodej kochanki, ale to już zależy od preferencji7.
Dlaczego jednak drogi czytelniku, który zaglądasz tu przecież głównie ze względu na moje wynurzenia fotograficzne, męczę Cię dzisiaj egzystencjalnymi problemami?
Robię to dlatego, że wbrew pozorom, ta sekunda ma znaczenie dla Twojej fotografii. Znaczenie kluczowe. Możesz bowiem, zamiast zajmować się dowolnymi pierdołami, którymi pewnie się teraz zajmujesz8, zająć się swoją fotografią. Zrobić cokolwiek związanego z tematem. Zrobić zdjęcie. Zaplanować zdjęcie. Umówić się na zdjęcie. Zrobić krok w stronę tego fotograficznego czegoś, co zawsze chciałeś zrobić, ale nie robiłeś, bo przecież zawsze jest czas. I nie wykręcaj się, że przecież to robisz, bo skoro czytasz, to znaczy że nie robisz. Więc ruszaj. Poważnie, to nie żart. Przypomnij sobie te sekundy, nieodwracalnie właśnie zmarnowane. Osobiście, kiedy przypominam sobie swoje, mam stan przedzawałowy.
Więc dupa w górę i naprzód. Zostaw te tutaj głupoty i weź się za fotograficzny projekt. Albo zadzwoń do tej osoby którą chciałeś zawsze sportretować ale się obcinasz zapytać9. Zrób COKOLWIEK. No już. Poszedł stąd, sio!
Ale jeśli jeszcze tu jesteś, to Ci szybko powiem, co następnym razem. Będzie o sensie posiadania lepszych aparatów i rozróżnianiu zdjęć z analoga. Ubaw. A teraz spadaj, weź sie za siebie, bo naprawdę żal patrzeć.
Do następnego. Będzie szybciej niż ostatnio, bo próbuję ograniczać ilość zmarnowanych sekund.


1) jest w tym trochę rozdwojonej jaźni. Łapię się na tym zresztą kiedy fotografuję. Gadamy sobie z portretowanym o tym i tamtym, ale w pewnym momencie czas skończyć przygrywkę i wtedy przeskakuję w tryb fotograficzny. Ekstraordynaryjny jest moim zaburzeniem dysocjacyjnym osobowości.
2) Wild Turkey 81. Uwierzcie Ekstraordynaryjnemu, to co u nas się pije pod nazwą whisky ma się nijak do porządnego burbona z Kentucky.
3) oczywiście niezbędne są założenia takie jak chociażby, że zegarek akurat chodzi, że ma sekundnik i że ma na cyferblacie kreski określające sekundy. No ale przyjmijmy że tak jest dla dobra eksperymentu.
4) chociaż oczywiście zależy dla kogo. Na przykład na świecie urodziło się czterech ludzi – co, jak  przypuszczam, jest dla nich dość ważne, choć niekoniecznie jeszcze o tym wiedzą. Dwóch zmarło, co akurat dla nich już nie jest istotne, ale dla rodziny i bliskich może mieć niejakie znaczenie. Dwóch ludzi dowiedziało się właśnie, że mają raka. Też nie bez znaczenia przypuszczam, przynajmniej w lokalnej skali…
5) stąd pociąg do alkoholu, alkohol jest katalizatorem przemyśleń fatalistycznych
6) i to głownie facetom, kobiety nie mają czasu na głupoty, rozumieją znaczenie czasu bez konieczności poświęcania jeszcze większej ilości czasu na medytowanie o nim.
7) nie wszystkim przecież podoba się Porsche. I ja ten fakt akceptuję, chociaż go nie rozumiem, bo jak może się nie podobać? Chyba, że 914, faktem, brzydkie jak kupa.
8) na przykład czytaniem jakichś śmiesznych blogów.
9) do Angeliny Jolie.

Skocz mnie na warstat

Sierota

(…)
– Bierzemy francuza, gazrurkę i idziemy.
En avant, mes enfants.
– Chwileczkę… nie francuza, nie gazrurkę, tylko weźmiemy kubeł farby emulsyjnej i pędzel. I wiesz, co zrobimy, docent?
– Nie wiem panie majster.
– Na tym murku, a propos jego warstatu, napiszemy: „Maruszeczko pitekantropus erektus”.
(…)
Jonasz Kofta, Stefan Friedman „Fachowcy”


Właśnie skończyliśmy kilkudniowe warsztaty z Andrzejem „Fetishem” Frankowskim1, o których zresztą na końcu wpisu nieco więcej. Zeszło mi już trochę powarsztatowe PTSD2, w związku z czym postanowiłem, że napiszę parę słów o warsztatach. Bo czyta się wiele o warsztatach z punktu widzenia uczestników, ale jakoś nie trafiłem na wrażenia prowadzących. Więc spiszę własne, może kogoś zaciekawią3
 Nie potrafię się wypowiedzieć za innych warsztatoprowadzących, ale mnie za każdym razem, kiedy patrzę na uczestników, nurtuje pytanie: po co tu przyjechaliście? Na pierwszy rzut oka odpowiedź powinna brzmieć: nauczyć się fotografować, ale nawet po króciutkiej chwili zastanowienia okazuje się to bzdurą4. Fotografować przecież każdy uczestnik już umie. Nie przyjeżdżają na takie warsztaty ludzie, którzy dopiero kupili pierwszy aparat i chcą się nauczyć, co to jest ta główka na kółku trybów5. Zdarzyło mi się prowadzić warsztaty dla ludzi, którzy mają znakomite portfolia. Więc, po co?
Jest pewien rodzaj tremy, kiedy patrzę na tych ludzi, zanim zaczniemy rozmawiać, fotografować. Czego mogę ich nauczyć, co ja właściwie mogę pokazać takiego, czego by sami nie wymyślili? Nie chcę być szarlatanem6, hochsztaplerem, cwaniaczkiem żerującym na chwilowej popularności. Ale nieodmiennie gdy poruszam ten temat, ludzie którzy byli na tych warsztatach pukają się w głowę. Bo stwierdzenie, „czego mogę ich nauczyć”, to tak naprawdę niedocenianie uczestników. Przecież oni wiedzą, po co przyjeżdżają. Nie jadą w ciemno. Widzą zdjęcia, chcą wiedzieć jak były zrobione. Za każdym razem kiedy warsztaty już się zaczynają, wygląda to podobnie. Wychodzi fascynacja, pasja, która nieodmiennie napawa mnie szacunkiem. Trema pierzcha, jak budki z hamburgerami na dworcu przed kontrolą sanepidu. Bo to są sami swoi. I w sumie niewiele się to różni od zwykłej sesji portretowej7. Po prostu automatycznie zaczynam warsztatowiczów lubić. Oczywiście wychodzi ta bariera, ten chiński pokój, o którym pisałem wcześniej. Mogę tłumaczyć, jak osiągnam jakiś efekt, jak pracuję z modelem, jak świecę, jak kadruję, po co męczę się z tym wielkim analogiem8. Ale nigdy nie dam rady wytłumaczyć dlaczego robię te zdjęcia. Dlaczego portret, dlaczego taki a nie inny, czemu tak się „ograniczam”9. Tego niestety przekazać się nie da. I to jest bardzo dobrze, że się nie da. Mam bowiem taki nawyk, że śledzę sobie przez jakiś czas portfolia, fanpejdże, tudzież inne internetowe miejsca, w których fotograficznie udzielają się ludzie, którzy biorą udział w moich warsztatach10. Ciekawi mnie, czy jakiś trwały ślad mogą takie warsztaty odcisnąć na ich twórczości. I wiecie co jest fascynujące? Że chociaż można dostrzec jakieś fragmenty, jakieś ślady techniki świecenia, czy postprocesu, to tak naprawdę bardzo szybko to się wchłania i asymiluje. Ludzie robią swoje rzeczy, biorąc to co chcą i przetwarzając to przez swoje własne widzenie i czucie. Miałem ostatnio rozmowę taką w guście „A nie boisz się, że ci wszyscy ludzie będą robić takie jak ty, a potem przestaniesz być oryginalny, rozmyjesz się twórczo?”
No więc nie, nie boję się. Bo tak to nie działa. Może przewinie się kilka zdjęć będących kalką z moich – jakimiś próbami, jakąś walką z materią, ze światłem, ale to minie. Bo ludzie nie chcą kopiować. Nawet jeśli myślą, że chcą kopiować, tak naprawdę nie chcą. Chcą robić zdjęcia swoje, nie moje. Czego chcą ode mnie, to technika. Sztukę mają wewnątrz i tej techniki im tylko tyle trzeba, żeby tę sztukę wydobyć. Wyłazi to zresztą od razu w trakcie warsztatu – bardzo często to, czego chcą się dowiedzieć ludzie, nie jest tym, czego bym się spodziewał. Padają pytania o rzeczy, nad którymi nigdy się nie zastanawiałem – rzeczy które po prostu robi się i już. A potem widzę że jednak ma to sens, bo ludzie biorą te odpowiedzi i robią zupełnie inne rzeczy fotograficznie z tymi samymi środkami. Wygląda to tak, że uczę się od nauczanych11. To też jest piękne.

Na koniec o tych ostatnich warsztatach, które mnie natchnęły do tego wpisu. Jak wiele dobrych rzeczy w moim życiu, są one efektem przypadku. Przypadku, że Andrzej tak wiele robił sesji z Dagmarą, i że ja też, i że Dagmara zaskoczyła nas tym pomysłem na formułę portret vs akt. Bo jest ogromna ilość warsztatów w tej chwili, prowadzonych przez znakomitych ludzi fotografii. Wymyślenie czegoś choć trochę oryginalnego nie jest proste i ten Dagmarowy pomysł był prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Bo chociaż obaj robimy skrajnie odmienną fotografię, okazało się, że sobie nie przeczymy, nawet kiedy faktycznie mówimy zupełnie przeciwne rzeczy. I że bezczelnie mogłem trochę wchłonąć fetishowego mojo. Więc będzie powtórka. A jak się uda to i powtórka powtórki. O czym możecie przeczytać na specjalnie zorganizowanym fanpejdżu.

Do następnego. A będzie o walce z paździerzem.

PS. Krótka aktualizacja. Wspólne warsztaty musieliśmy niestety odwołać z przyczyn tak zwanych niezależnych. Zamiast tego zapraszam na warsztaty portretu ekstraordynaryjnego w tym samym terminie, niestety bez Fetisha.



1) jeśli nie wiecie, kto to jest Fetish, to raczej jesteście z innej planety. Ale na wszelki wypadek, dla przybyszy z obcych światów, kliknijcie tu
 2) jest to rodzaj urazu psychicznego, polegającego na przejściu z bycia gwiazdą rocka do zwykłego prola. Traumatyczne. Ma to nawet jakąś nazwę naukową, ale nie potrafię sobie w tej chwili przypomieć.
 3) Teoretycznie rozumiem, że nikogo nie powinno to interesować, ale ciągle natykam się na ludzi, którzy czytają tego bloga. Podejrzewam więc, że znajdą się i tacy których zainteresuje taki temat.
4) zupełnie jak wypowiedzi naszych rodzimych polityków
 5) Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, że to zawsze jest kobiecy profil. Producenci raczej słusznie zakładają, że podstawowym nabywcą będzie facet i że pierwszym obiektem, nad którym będzie się fotograficznie znęcał, będzie jego dziewczyna. Cwane, co?

6) nie takim szarlatanem w każdym razie. Mogę być takim co najwyżej.
7) o ile można mówić o czymś takim jak „zwykła” sesja portretowa. Nie osiągnąłem chyba jeszcze tego poziomu rutyny, bo każda sesja jest dla mnie niezwykła.
8) nieodmiennie fascynujące polaroidy przypominają mi, moją pierwszą sesję z materiałami natychmiastowymi. Nigdy się nie znudzi.
9) to jest zresztą pytanie, które często pada i nieodmiennie wywołuje u mnie frustrację wynikającą z niezrozumienia. Bo to nie jest ograniczenie, nie dla mnie. To jest temat na całe życie.
10) czujecie się teraz stalkowani drodzy warsztatowicze?
11) co nie znaczy, że zwracam koszty.

Klątwa profesjonalizmu

Hollywood Dream


Kilka razy zostałem ostatnio potraktowany komplementem1 „profesjonalna fotografia”. Wywołało to u mnie dysonans poznawczy. Wynikający pewnie z całkowicie innego zrozumienia słowa „profesjonalne” w odniesieniu do fotografii. Takie dysonanse z kolei zwykle powodują u mnie chęć sprawdzenia, czy moje pojęcie tego pojęcia jest słuszne. Postanowiłem zatem zrobić krótki risercz, zaczynając rzecz jasna od zapytania do wujka Google. Wbijam w pole wyszukiwania „profesjonalna fotografia”, grafika i ogarnia mnie bezmiar fotograficznego paździerzu2. No pięknie, myślę sobie, jeśli to miał na myśli autor tego komplementu, to w zasadzie powinienem się obrazić3. Jeszcze szybko sprawdzam w Wikisłowniku – profesja, czyli zawód. Względnie uroczyste wyznanie wiary, ale jakoś wątpię żeby o to chodziło. Przypuszczam, że człowiek pisząc „profesjonalna fotografia” miał na myśli „dobra fotografia”. Oczywisty błąd, polegający na tym, że przenosi się cechę „profesjonalizm” fotografującego na fotografię, która takiej akurat cechy nie może posiadać. Poziom profesjonalizmu fotografa nie jest niestety wyznacznikiem jakości zdjęcia4. Profesjonalny fotograf, to gość, który zarabia fotografią na życie. Wysoki poziom profesjonalizmu oznacza, że mamy do czynienia z gościem5, który:
Zawsze zjawia się na czas, przygotowany i zabezpieczony. Ma co najmniej dwa aparaty, do każdego komplet obiektywów, zapasowe baterie, karty, lampy i cały szpej razy dwa, na wszelki wypadek. Jest kulturalny, dobrze odziany i wychowany. Ma umowy przygotowane prosto, jasno i bez haczyków. Po sesji w terminie wywiązuje się z wszelkich zobowiązań. I teraz najważniejsze. Dostarcza materiał dokładnie taki, jakiego spodziewa się klient po przejrzeniu portfolio. Bo profesjonalizm oznacza między innymi pewność rezultatu. Rezultat niekoniecznie musi być wybitny, ale jest znany, zanim jeszcze zacznie się robienie zdjęć. Nie ma miejsca na przypadek, zagubione karty, prześwietloną kliszę, pogrzeb babci i inne wymówkowe paluszki oraz główki.

Zresztą, obczajcie to:


To jest zapewne forma protestu na prośby robienia zdjęć za darmo6, ale nie w tym rzecz. Zwróćcie uwagę, że na liście „za co faktycznie płacisz”, nie ma ani słowa o dobrych zdjęciach. Zdjęcia w rozumieniu profesjonalnego fotografa, który to pisał, są sprawą ewidentnie drugorzędną. Zresztą, nawet klient nie myśli że chodzi o zdjęcia, tylko o czas, w którym te zdjęcia powstaną7.
Co to znaczy? Ano zwyczajnie – nie ma oczywistej, bezpośredniej zależności między poziomem profesjonalizmu fotografa, a jakością zdjęcia. Dziwne może, ale prawdziwe. 
Co ciekawe, producenci sprzętu fotograficznego mają także dość wyrobione pojęcie na temat tego, jakie są kryteria którymi kierują się profesjonaliści – niezawodność, odporność na trudne warunki, długotrwała praca na bateriach, wszystko o czym pisałem powyżej. Kiedyś popularne było nawet wśród japońskich producentów sprzętu pisanie na aparatach „Professional”. Na szczęście już przeszło, bo jednak ciut obciachowa tradycja8.
Oczywiście, nie znaczy to, że profesjonalne zdjęcia to tylko fotograficzny paździerz. Jest wielu profesjonalistów, którzy robią zdjęcia świetne, znakomite i piękne9. I na pewno bardzo im to pomaga w uprawianiu profesji. Ale bynajmniej nie jest to regułą. Tak, że następnym razem, zanim napiszecie komuś „profesjonalne zdjęcie”, zastanówcie się dwa razy, czy nie lepiej napisać po prostu, „podoba mi się”.
A zdjęcie wstawione do dzisiejszego wpisu to jest to, pod którym między innymi dostałem komentarz o profesjonalności. I żeby było jeszcze śmieszniej, zdjęcie powstało w wyniku błędu – miałem za długi czas ekspozycji i naświetlił mi się ringlight, którego używam do odbijania w oczach. Zdecydowanie nie jestem profesjonalistą.
Do następnego. A będzie o wyjściu z Chińskiego Pokoju.

1) przynajmniej myślę, że miał być to komplement. W zamyśle.
2) zakontujcie sobie to słowo, „paździerz”. Będzie się często przewijać w moich wpisach, gdyż pięknie opisuje tandetę i lipę, którą przesycona jest zastana rzeczywistość.
3) ale się nie obrażam, obrażają się panienki z dobrego domu.
4) chociaż często idzie z nim w parze, o tym później.
5) tudzież babką, fotografia jako zawód jest bardzo wyemancypowana.
6) takie prośby zdarzają się każdemu fotografu, mnie oczywiście również, ale od razu zaznaczam, nie jestem autorem tego obrazka. Próbowałem ustalić, ale krąży po sieci pełno wersji, zarówno po polsku jak i po angielsku i pewnie w innych językach też. Ale przede wszystkim, nie jestem autorem tego obrazka, bo nie jestem daltonistą. A za ten skład w stylu wczesnego Worda łupanego, należy się autorowi potężny kop w zadek. Poza tym, gdybym był autorem, na liście rzeczy za które faktycznie płacisz, dodałbym takie punkty jak „upicie się i bójka z panem młodym”, „klepanie druhen po pupach”, „napoczęcie tortu przed oficjalnym krojeniem” i tym podobne.
7) a przynajmniej tak sobie to wyobraża autor tego obrazka. Mam niejakie podejrzenia, że nie do końca słusznie.
8) na moim aparacie tak jest napisane i zawsze mam trochę dziwne wrażenie, jakbym robił portrety iPhonem. Diabli wiedzą, zakleić ten napis taśmą, udawać że nic się nie dzieje, czy lansować się na hipstera?
9) Karsh, który jest moim idolem absolutnym, był najwyższej klasy profesjonalistą.

Krótka historia retuszu instant

Disklejmer: nie jestem retuszerem. Nie oczekujcie retuszu typu high-end. Jeśli szukacie przepisu na hajendowy retusz, na youtubie jest tego od groma i ciut-ciut.

Zacznijmy od końca1. Oto gotowe zdjęcie:



A teraz po kolei. Pierwszy rzut oka na fotografię prosto z puszki2.


Oświetlona jest czterema lampami – główne światło z zamontowanej nad głową na żurawiu lampy z wrotami, dwie kontry z małymi PAR-ami, lampa pierścieniowa światła ciągłego jako światło wypełniające oraz zamykające źrenice oczu modelki. Do tego metrowa blenda pod twarzą do zrobienia bliku w oku.
Wybrałem to konkretnie zdjęcie z kilku powodów. Po pierwsze ładnie się patrzy Roksana, trochę spod byka, zadziornie i ponuro, lubię. Po drugie, bo ładnie się świeci, są na włosach bliki od kontry i na ramionach ładne prawie-że-przepały i cienie są ładne też. A po trzecie, ponieważ jest popsute – być może potrąciłem żurawia i lampa się przesunęła, być może modelka się obróciła, albo po prostu było źle ustawione. Tak czy owak, cień od nosa rozlał się za mocno na usta. Będzie okazja napisać jak sobie radzę z takimi rzeczami3.
Pierwsza rzecz, którą robię po imporcie do Lightrooma, to sprawdzam czy nie ma drastycznych przepałów albo zblokowanych cieni i w razie czego poprawiam rasistowskimi suwaczkami Blacks i Whites4. Akurat tutaj mieliśmy ładnie opanowane światełko więc aparat bez problemu ogarnął rozpiętość całego kadru i obyło się bez tego.
Wysyłam fotografię do szopa (przez Edit in – Photoshop, ustawiając oczywiście jako format wyjściowy TIFF 16bit). W szopie zabieram się przede wszystkim za ten nieszczęsny cień od nosa. Biorę Rozjaśnianie z bardzo małą ekspozycją (2%). Musowo włączona opcja „zachowaj tony” i rozmiar pędzla regulowany naciskiem piórka. Bardzo bardzo delikatnie rozjaśniam ten cień, tak żeby nie przesadzić. Trzeba sobie cały czas wyobrażać jak to światło by padało gdyby fotograf nie był dupa i ustawił lampę jak należy. Najtrudniejszym miejscem jest krawędź oryginalnego cienia, trzeba uważać, żeby nie rozjaśnić zbytnio obszaru leżącego w świetle. Jest to żmudne i trwa długo. Metodą prostszą, ale nie przynoszącą tak naturalnych efektów byłoby po prostu skopiowanie fragmentu cienia z lewej strony, odbicie i dopasowanie go na prawą. Szybciej, ale trudniej nieco zrobić to tak by było naturalnie, no i jeśli przyjrzeć się uważniej można ten manewr przyuważyć, a jednak chciałbym żeby, ludzie nie zauważali, po co psuć sobie ekstraordynaryjną renomę. Więc rozjaśniam do skutku.
Efekt wygląda tak:


Nie jest ideał, trochę tonacja odbiega od reszty skóry, jeszcze by trzeba posiedzieć, ale ma być szybki retusz, a do tego zdjęcie będzie czarno-białe, więc wystarczy.
Na drugi ogień biorę wszelkie niedoskonałości skóry, przebarwienia, pryszcze itepe. Na szczęście z Roksaną nie ma wiele roboty. Oczywiście w dalszym ciągu używam Rozjaśniania/Ściemniania5. Parametry pędzla mam ustawione cały czas tak samo – 2% ekspozycji, zachowaj tony i dynamika rozmiaru pędzla przywiązana do nacisku piórka. Dłuższa chwila i wygląda to tak:


Wszystko staram się robić Rosjaśniając/Ściemniając6. Jedynymi miejscami, w których muszę użyć Stempla, lub Pędzla korygującego, są skazy o drastycznie innej fakturze bądź kolorze – na przykład znamię na górnej wardze, bądź drobiny cienia, które osypały się na policzek przy makijażu. Załatwiam też dekolt i ramiona, tymi samymi metodami likwidując wszelkie niedoskonałości.
Po obskoczeniu detalu, zabieram się za większe korekty ekspozycji – rozjaśnianie cieni pod oczami, dołka w brodzie, może lekkie przygaszenie nosa, ale ogólnie jest bardzo niewiele do zrobienia na tym etapie. Zapisuję i wracam do Lightrooma.

W tej chwili mam coś takiego:


Nie wygląda to dramatycznie, ale najtrudniejsza, najbardziej żmudna, część, z głowy. Zwróćcie uwagę, że nie doprowadzam cery do stanu idealnego – porcelanowy ideał nie pasuje do tego zdjęcia, no i jest pewna granica, przekraczanie której jest niewskazane – mimo wszystko jest to zdjęcie, nie monidło.

Czas na konwersję do czerni i bieli:


Pierwsze, co się ciśnie na usta: ale lipa. Szaro na szarym, mdło i bez wyrazu, błe7. Zaczynam więc od podstawowych suwaków ekspozycji – Exposure nieco w dół, tak samo Blacks i Shadows, za to Highlights i Whites w górę8. To samo można osiągnąć krzywą, robiąc klasyczne S, ale jakoś przyzwyczaiłem się do tych suwaczków. Są wyżej – pewnie gdyby były poniżej krzywej pracowałbym na niej. Ergonomia interfejsu w działaniu. Tak, czy owak, krzywa, czy suwaki – od razu lepiej:


Ale trochę się rozlazło zdjęcie – przez to, że tło jest jasne i przez to światło na ramieniu, nic nie zwraca uwagi za bardzo i całe zdjęcie traci wyraz. Czas uruchomić gradienty. Puszczam po kilka gradientów z obu stron, z ujemną ekspozycją, tak po -0,5ev, by z powrotem nakierować uwagę na twarz. I może trochę dekolt9:


Lepiej, dużo lepiej, ale to jeszcze nie to. Biorę więc duży, miękki pędzel +0.3ev i przejeżdżam nim przez środek twarzy. Mniejszym pędzlem o podobnej ekspozycji uwydatniam kości policzkowe. Jeszcze dużym pędzlem -0,3ev gaszę nieco blik na włosach po lewej stronie, za mocny jest. Teraz dobrze:



Czas na oczy. Oczom zawsze poświęcam najwięcej uwagi, są najmocniejszymi punktami na większości portretów10, więc staram się przyłożyć jak najbardziej. Najpierw grubym pędzlem z Clarity około +20 przejeżdżam oboje oczu wraz z brwiami. Mniejszym pędzlem z około -0,5ev przyciemniam brwi oraz podkreślam cień od górnej powieki na gałce ocznej. Malutkimi pędzlami przyciemniam krawędź źrenicy oraz troszkę (+0,3) rozjaśniam odbicie od blendy. Odbiciu blendy daję też więcej Clarity. Ze względu na skuchę z lampą o której pisałem na samym początku, w oku nie ma bliku od głównego światła. Są tylko kółka od ringa doświetlającego. Normalnie te kółka bym usunął, ale oko pozbawione jakiegoś bliku jest martwe, więc tutaj zostawiam. Jeszcze trochę poprawiam krawędź nosa, zbyt ciemna. Wygląda to tak:


Jest dobrze, ale jeszcze coś mnie drażni i nie mogę za bardzo ogarnąć, co. Obracam więc obraz w lustrze – Transform/Flip horizontal. To jest prosta sztuczka11, którą warto sobie zapamiętać – oko przyzwyczaja się do obrazu, nad którym długo siedzę i przestaje zauważać mankamenty. Po odbiciu od razu wiem. Za bardzo przyklapła grzywka z prawej strony. Wracam na chwilę do szopa i uruchamiam zakazane narzędzie Skraplanie12. Napuszam trochę grzywkę i od razu jest lepiej. Po powrocie do Lightrooma jeszcze kilka drobnych poprawek – ciut przyciemniam blik na włosach po prawej, a także rozjaśniam ciut usta po lewej stronie, bo przez blik od lampy wyglądają nierówno. Po namyśle dopalam jeszcze ogólnie Clarity na +40, bo wciąż mi się widzi mdłe nieco:


Na koniec zostawiam sobie kadrowanie. Nie jestem wielkim fanem małoobrazkowych proporcji 3:2, więc obcinam nieco z góry i z dołu, tworząc dwa trójkąty od bluzki na ramionach, które bardzo lubię, oraz minimalnie przycinając czubek głowy, bo ktoś mi kiedyś powiedział, że tak nie wolno13, a także dlatego, że pozbywam się jasnej plamy nad głową, która mi się nie podoba. No i koniec:


Widzi mi się całkiem, całkiem. Roksana wygląda zaczepnie i złowrogo, zdjęcie ma pazur, kontrast i ogień. Jeszcze można by coś niecoś poprawić, ale jak na krótką obróbkę jest w porządku.

Jeśli macie jakieś pytania, walcie śmiało w komentarzach, postaram się rozjaśnić 14



1) gdzieś trzeba

2) jeśli kogoś interesują takie nieistotne detale: fotografia zrobiona aparatem Sony NEX-7, z obiektywem Helios 40-2 (85mm 1.5), podłączonym przez reduktor ogniskowej LensTurbo, przy przysłonie f4. Przy f4 powtarzam, a teraz popatrzcie na tę winietę. Co ruski, to ruski jednak
3) tak naprawdę radzę sobie tak, że zauważam to w trakcie sesji i poprawiam na bieżąco, a nie potem w szopie… no dobra, trochę wkręcam. Shit happens nawet Ekstraordynaryjnemu, a jak już happens to najczęściej na najlepszych kadrach. Trzeba sobie jakoś radzić, czasem i w szopie
4) bez kitu czekam, aż ktoś wytoczy Adobe proces o te suwaczki. PC rulez
5) to jedyna słuszna metoda. Przy czym jestem na tyle toporny, że robię to bezpośrednio na obrazie. Profesjonalny retuszer pracuje na warstwach, nigdy na oryginale, dodatkowo osobno przy detalach i osobno przy większych manipulacjach. Na szczęście jak wspomniałem, nie jestem retuszerem, nie obowiązuje mnie profesjonalizm
6) przede wszystkim Rozjaśniając, ale czasem trzeba Ściemnić. Jestem dobry w ściemnianiu, zasadnicza służba wojskowa mnie nauczyła. Kto był, ten wie #gimbynieznajo
7) swoją drogą, jest teraz moda na takie szaro-szare kadry. Nie ogarniam, ale jak wiadomo de gustibus nieogarnialnym jest w samej swej naturze
8) Blacks w dół, Whites w górę – znowu politycznie niepoprawnie…
9) bo wiadomo
10) i to niezależnie czy zgodnie z komicznymi trójpodziałami, albo innymi takimi zmyślonymi regułkami
11) proste sztuczki są z reguły najlepsze. Na przykład Jonasz Kofta nauczył mnie prościutkiej sztuczki na radzenie sobie z namolnym krytykiem. Po wysłuchaniu krytyki, należy jak najbardziej poważnym tonem zapytać, „ale co pan chce przez to powiedzieć?” Gdy namolny krytyk wytłumaczy bardziej szczegółowo, powtarzamy „no dobrze, ale co pan chce przez to powiedzieć”. I tak powtarzamy ad nauseam. Gwarantowana skuteczność, najdalej po czwartym razie mamy krytyka z głowy 
12) bez żartów. Do Skraplania w ostatniej kolejności. Wiadomo, kiedy trzeba to trzeba, ale lepiej mniej, niż więcej. To samo dotyczy Wypaczania marionetkowego (słowo daję, ten kto tłumaczył te terminy w szopie powinien przerzucić się na uprawę cukini, może by osiągnął większe sukcesy)
13) zabronienie mi czegoś w fotografii w imię jakichś niesprecyzowanych świętych zasad to najlepszy środek, żeby mnie skłonić do robienia tego na każdym zdjęciu. Zaiste, dziecinne. Ale tak mam i już
14) nie ściemniając za bardzo

Fotograficzny maoizm

Tysiąc Okrętów

it’s who we are
doesn’t matter if we’ve gone too far
doesn’t matter if it’s all okay
doesn’t matter if it’s not our day
(…)
they say we’re crazy
they say we’re crazy
they say we’re crazy
they say we’re crazy
Imagine Dragons – Who We Are

Dawno temu założyłem sobie konto na Fotoferii1. Bardzo ówczesnemu mnie zaimponował klimat twórczego rozmawiania o fotografii, znakomici autorzy i aura profesjonalizmu pod egidą jakiejś dużej, bodaj amerykańskiej, organizacji fotograficznej, której nazwy nie pomnę w tej chwili. Bardzo szybko zostałem stamtąd usunięty za nicka, który uraził z jakiegoś powodu panującego na Fotoferii administratora2. Z perspektywy czasu myślę, że był to szczęśliwy zbieg okoliczności. Otóż jedną z bardziej rozbudowanych części Fotoferii jest system krytyki zdjęć. Sprzyja to powstawaniu długich, skomplikowanych i na pierwszy rzut oka solidnych wywodów, mających za cel usprawiedliwienie wystawionej oceny, bądź też przekazanie w jak najbardziej pokrętny sposób, dlaczego krytykującemu analizującemu zdjęcie się nie podoba i jak sam by je zrobił, gdyby umiał3. Drugim miejscem na którym założyłem sobie konto dawno temu4, jest 1x. Tamtejszy dział krytyki, także bardzo rozbudowany, działa w bardzo specyficzny sposób – otóż, żeby otrzymać krytykę swojego zdjęcia, należy skrytykować kilka zdjęć innych użytkowników. Prowadzi to oczywiście do szczególnego zjawiska, w którym ludzie spragnieni kilku słów pod własnymi zdjęciami, piszą duby smolone, byle tylko zaliczyć wymaganą ilość wpisów i otrzymać szansę na umieszczenie własnej fotografii w dziale krytyki.
Do czego zmierzam, spytacie5. Otóż, jeśli to jeszcze nie jest jasne, zmierzam do Chińskiego Pokoju6 Idziemy przez świat nie rozumiejąc się nawzajem. Każdy z nas jest zupełnie inny w środku. Nasze myśli, sposób odbierania rzeczywistości, sposób przetwarzania emocji, są różne. Zielony na który ja patrzę, nie jest tym samym zielonym, na który patrzy ktoś inny, nawet jeśli obaj się zgadzamy, że to ten sam kolor. Jedyne co pozwala nam się ze sobą skomunikować to konstrukcja fizyczna, która jest bardzo zbliżona oraz protokoły, w które wdrażamy się od urodzenia – odpowiedniki wyposażenia operatora Chińskiego Pokoju. Ale to jest tylko zgrubne podobieństwo. Tak naprawdę każdy z nas jest obcy – niczym przybysz z innej galaktyki, w człekokształtnym egzoszkielecie, jak Arquilianin z M.I.B. Nie można jednak chodzić po świecie myśląc ciągle w taki sposób7, mamy więc znakomity patent – projekcję. Nakładamy na innych Arquilian nasze własne doświadczenia i emocje i świat od razu staje się prostszy i zrozumiały. A ponieważ od dziecka jesteśmy wdrażani w ten sam algorytm, zazwyczaj to działa. Problemy zaczynają się, gdy wykraczamy poza proste rzeczy – gdy zaczynają się emocje, uczucia, no i oczywiście, sztuka. Tutaj Chiński Pokój wysiada po prostu – brak jednoznacznych instrukcji sprawia, że kolorowe tabelki z Excela autorstwa Mondriana dla jednego będą piękne, a dla innego głupie.
Ponieważ jednak Chiński Pokój musi jak najskuteczniej udawać, że naprawdę rozumie także sztukę, w końcu taki jest jego raison d’etre, zrozumieć wszystko – konieczne jest ustalenie odpowiednich reakcji na sztukę. I tak zaczyna się budowanie reguł, schematów, oraz elementów analizy obrazu, dźwięku, czy dowolnego innego aspektu twórczości. Rodzi się, nazwijmy to roboczo, akademizm8, w obrębie którego każdy krytyk jest bezpieczny, ponieważ ma jasny zestaw instrukcji, które pozwalają prawidłowo ocenić dzieło. Jego Chiński Pokój działa bez zarzutu. Przywołane na początku Fotoferia i 1x są znakomitym przykładem działania tej idei.
Zróbcie eksperyment myślowy – spójrzcie na krytyki i analizy z punktu widzenia Chińskiego Pokoju. Pisałem kiedyś jak rozważam sensowność krytyki – spoglądając na zdjęcia osoby, która pisze krytykę. Teraz spróbujcie pójść krok dalej, zastosować krytykę do zdjęcia osoby krytykującej. Bardzo szybko dostrzeżecie pewne prawidłowości. Ktoś piszący wam o technicznych aspektach będzie miał zdjęcia poprawne i elegancko obrobione. Ktoś piszący o kompozycji będzie miał wszystko poukładane od linijki według wybranego przez siebie schematu. Ktoś piszący o braku ekspresji będzie miał zdjęcia pełne energii. I tak dalej. Projekcja.
Jaki z tego wszystkiego wniosek9? Ano taki, że zastosowanie się do analiz i krytyk ma sens tylko wtedy, gdy ktoś chce stać się tym właśnie krytykiem. Ale czy o to chodzi? Żeby generować myślące i tworzące tak samo klony? Pomijam fakt, że to niemożliwe, ale czy słuszne?
Oczywiście, o czym zresztą pisałem też wcześniej, artysta potrzebuje widza, odbiorcy, czasem kupca, a żeby go zdobyć potrzebny bywa krytyk. Jest to rodzaj symbiozy, którego nie da się uniknąć. Jeśli jednak mam być szczery, najbardziej cieszą mnie proste reakcje – do długich analiz i skomplikowanych krytyk zawsze podchodzę podejrzliwie, wyczuwam chińszczyznę.
Problemem nie jest tylko pompowanie swojego poczucia misji. Problemem jest wywieranie wpływu na ludzi, którzy nie mają jak się bronić. Ekstraordynaryjny uśmiechnie się pobłażliwie, czytając analizy pod swoimi zdjęciami, bo ma dość doświadczenia by dostrzec Chiński Pokój zanim pierwsza karteczka wypadnie z okienka wyjściowego10. Początkujący będzie starał się dostosować. Przestać czuć, zacząć myśleć, ale nie o tym, jak zrobić zdjęcie, ale jak zrobić zdjęcie, żeby zadowolić krytyka. To jest bardzo, bardzo złe.
Dlatego następnym razem, kiedy będziecie tworzyć analizę fotograficzną, zastanówcie się przez chwilę, czy piszecie o zdjęciach, czy o tym, jak myślicie że powinno się je robić11. Na ile pomagacie, na ile szkodzicie.
A następnym razem kiedy spróbujecie dostosować się do krytyki, zastanówcie się na ile naprawdę się z nią zgadzacie, a na ile chcecie zadowolić krytyka.

PS. Nie bez kozery wrzucam tutaj zdjęcie z tej samej sesji, z której pochodzi fotografia otwierająca mojego bloga. To jest zdjęcie wyposażone w tyle złamanych reguł, że nigdy by nie przeszło na żadnym analitycznym portalu. Ale jednocześnie jest piękne. Zdaniem Ekstraordynaryjnego. A reszta jest milczeniem.

1) jeśli nie wiecie, co to jest fotoferia, już tłumaczę. To portal z ambicjami, niezłymi zdjęciami i olbrzymim zapędem w kierunku stworzenia największego TWA (nie chodzi o linie lotnicze) w polskich internetach
2) o wdzięcznym nicku prosto z komiksów Goscinnego – krucyfix, krucafux, czy coś w tym stylu
3) sam tego nie wymyśliłem, to parafraza słów Capka – Krytykować – to znaczy dowieść autorowi, że nie robi tego tak, jakbym ja to zrobił, gdybym potrafił
4) w ogóle miałem wtedy fazę na zakładanie sobie kont na wszystkich możliwych portalach foto. Trochę mi przeszło już
5) ci z was, którzy jeszcze nie pozasypiali w każdym razie
6) o Chińskim Pokoju możecie sobie poczytać na Wikipedii, ale jeśli nie chce wam się szukać, to streszczam. Chiński Pokój to rodzaj maszyny Turinga, udającej prawdziwą inteligencję – obrazowo wygląda to tak, że jest zamknięty pokój, w którym są dwa okienka, wejściowe i wyjściowe, oraz masa szufladek z karteczkami. Operator siedzący wewnątrz nie widzi świata zewnętrznego. Przez okienko wejściowe wpadają karteczki z tekstem po chińsku. Operator nie zna chińskiego, ma instrukcję w której jest napisane, do której szufladki ma sięgnąć w zależności od od tekstu na otrzymanej karteczce. Wyciąga z niej kartkę z odpowiedzią i wrzuca ją do okienka wyjściowego. Ponieważ na karteczkach wylatujących z okienka wyjściowego są właściwe odpowiedzi, osoba która wrzuca swoje karteczki do Chińskiego Pokoju jest przekonana, że ma do czynienia z osobą rozumującą w tym samym języku. Chiński Pokój jest tym lepszy, im więcej ma szufladek z odpowiednimi karteczkami – tym bardziej skomplikowane konwersacje może prowadzić, mimo że operator nie zna ani słowa po chińsku
7) po pierwsze dlatego, że bardzo szybko zamknęli by nas w innym pokoju, nie chińskim, ale za to bez klamek
8) nie chodzi mi o konkretny kierunek w sztuce, chociaż idea jest bardzo zbliżona
9) poza tym że nadużywanie terminu Chiński Pokój w tym tekście kładzie go stylistycznie. Ale nie mam pomysłu jak to wyprostować, żeby zachować czytelność, więc tak musi być
10) a także dlatego, że jest aroganckim sukinkotem w sumie
11) zazwyczaj niesłusznie. Nie dlatego że nie wiecie, ale dlatego, że nie jesteście osobą, która to zdjęcie zrobiła. To inny Arquilianin. Nie znacie go, nawet jeśli się wam wydaje inaczej